Prawdopodobnie wybudowano go, aby służył całemu regionowi, bo zajmował teren znacznie rozległej szy niż tego wymagały potrzeby Midian. Wiele grobowców imponowało swoimi rozmiarami, a nawet z odległości było widać, że układ alejek, drzew i grobów nadawał cmentarzowi wygląd małego miasta.
Boone ruszył w kierunku cmentarza schodząc po zboczu wzgórza, cały czas dobrze widząc samo miasto. Przypływ adrenaliny, związany z odnalezieniem i bliskością miasta, szybko minął, a ból i wyczerpanie, dotychczas stłumione oczekiwaniem, powróciły i mściły się na nim. Wiedział, że długo to nie potrwa, zanim mięśnie zawiodą całkowicie i padnie. Może za murami cmentarza znajdzie jakiś kącik? Tam ukryje się przed prześladowcami i da odpocząć kościom. Continue reading “Obejrzy je sobie o świcie.”
O małym Midian mogli zapomnieć kartografowie i ludzie ustawiający drogowskazy, ale czyż nie znalazł się tu ani jeden człowiek cierpiący na bezsenność? Czy dziecko, które bało się, gdy lampa nie świeciła przez całą noc? Bardziej prawdopodobne było to, że czekali na niego Decker i przedstawiciele prawa ukryci w cieniu, aż on głupi da się złapać w pułapkę. Najprostsze rozwiązanie – to dać nogę i pozwolić im dalej czuwać, ale na to nie miał już siły. Jeśli teraz się wycofa, ile będzie musiał czekać, żeby spróbować powrócić, co godzina przeprowadzając rozpoznanie?
Postanowił posuwać się skrajem miasta i zorientować się nieco w jego położeniu. Jeśli nie znajdzie śladu obecności policji, wejdzie tam, zdecydowany na wszystko. Nie po to przebył całą drogę, aby teraz zawracać. Continue reading “Midian to było miasto-widmo.”
Jeszcze raz los uśmiechnął się do niego. Gdyby nie ciemność, nie spostrzegłby może świateł migających przed nim, nie na powitanie, lecz ostrzegawczo.
Policja przybyła tu przed nim, trzy lub cztery samochody, jak ocenił. Możliwe, że ruszyli w pościg za kimś innym, ale w to wątpił. Prawdopodobnie Narcyz, zdany na siebie, powiedział przedstawicielom prawa to, co powiedział Boone’owi. W takim razie był to komitet powitalny. Chyba już go szukali, dom po domu. A jeśli tu, to w Shere Neck także. Oczekiwano go.
Dzięki zasłonie nocy, zszedł z drogi prosto na pole rzepaku, gdzie mógł się położyć i obmyślić następne posunięcie. Z pewnością niemądrze byłoby zjawić się w Dwyer. Lepiej skierować się teraz do Midian, zapominając o głodzie i zmęczeniu i ufając, że gwiazdy i instynkt go zaprowadzą. Continue reading “dobry doktor, wciąż w pogoni za wiedzą”
Jeśli nie istniało, jeśli było tylko talizmanem dla przerażonych i zagubionych – to też miało sens. Chciał spotkać śmierć, jaka go oczekiwała w poszukiwaniu krainy nigdzie nie istniejącej. To lepsze niż proszki, lepsze niż bezowocna gonitwa Deckera w poszukiwaniu związków i przyczyn.
Próba doktora, by wykorzenić potwora z Boone’a, skazana była na niepowodzenie. To jasne jak słońce. Boone-człowiek i Boone-potwór nie dawali się od siebie oddzielić. Stanowili jedność; podróżowali tą samą drogą w tym samym ciele i umyśle. A cokolwiek znajdowało się na końcu tej drogi, śmierć czy chwała, było przeznaczeniem ich obu.
Na wschód od Peace River, mówił Narcyz, obok miasteczka Shere Neck, na północ od Dwyer. Continue reading “Złapie tam okazję, dokąd tylko sobie zażyczy”
Chociaż odległość z Calgary do Athabaski wynosiła nieco więcej niż trzysta mil, ta podróż przeniosła wędrowca do granic innego świata. Na północy autostrady były nieliczne, a ludzi jeszcze trudniej było spotkać. Na rozległych obszarach prerii rozciągały się lasy, moczary, gdzie zamieszkała dzikość. Kraina ta stanowiła granicę doświadczeń dla Boone’a. Wyznaczały ją Bonnyville na południowym wschodzie, dokąd dowiózł go kierowca ciężarówki, dwudziestolatek; Barrhead na południowym zachodzie i sama Athabaska. Terytoria leżące dalej pozostawały nieznane, ot, nazwy na mapie. Czy też ściślej – brak tych nazw. Olbrzymie połacie ziemi upstrzone gdzieniegdzie małymi osiedlami rolniczymi, z których jedno nosiło nazwę wymienioną przez Narcyza: Shere Neck. Continue reading “Uciekł, z mapą i z forsą, zanim strażnicy ustalili przyczynę alarmu.”