Prawdopodobnie wybudowano go, aby służył całemu regionowi, bo zajmował teren znacznie rozległej szy niż tego wymagały potrzeby Midian. Wiele grobowców imponowało swoimi rozmiarami, a nawet z odległości było widać, że układ alejek, drzew i grobów nadawał cmentarzowi wygląd małego miasta.
Boone ruszył w kierunku cmentarza schodząc po zboczu wzgórza, cały czas dobrze widząc samo miasto. Przypływ adrenaliny, związany z odnalezieniem i bliskością miasta, szybko minął, a ból i wyczerpanie, dotychczas stłumione oczekiwaniem, powróciły i mściły się na nim. Wiedział, że długo to nie potrwa, zanim mięśnie zawiodą całkowicie i padnie. Może za murami cmentarza znajdzie jakiś kącik? Tam ukryje się przed prześladowcami i da odpocząć kościom.
Prowadziły tam dwa wejścia. Mała furtka w bocznym murze i wielkie podwójne wrota, wychodzące wprost na miasto. Wybrał pierwsze wejście. Było zamknięte na klamkę, lecz nie na klucz. Delikatnie pchnął furtkę i wszedł. Wrażenie, jakie odniósł na wzgórzu, znalazło tu potwierdzenie – cmentarz był miastem, grobowce wznosiły się wysoko wokoło. Ich wielkość i, co teraz oceniał z bliska, staranność ich wykonania, zadziwiały. Jakież wspaniałe rodziny zamieszkiwały tutaj, zamożne na tyle, by chować zmarłych w takim przepychu? Małe wspólnoty żyjące na prerii trzymały się kurczowo ziemi, jedynego źródła utrzymania, lecz rzadko się bogaciły; a jeśli już, to tylko odkrywając ropę lub złoto, ale nigdy szczęśliwców nie było tak wielu. A tu: wspaniałe nagrobki, całe aleje zbudowane w różnorakich stylach, od klasycznego do barokowego, i ozdobione – aczkolwiek nie miał pewności, czy znużone zmysły mówią prawdę – motywami z rozmaitych, zwalczających się religii.
Wszystko już za nim. Potrzebował snu. Nagrobki stały tu od, lub dłużej. Obejrzy je sobie o świcie.
Znalazł legowisko ukryte między dwoma grobami i położył się. Wiosenna trawa pachniała słodko. Spał już na o wiele mniej wygodnym posłaniu.
