Chociaż odległość z Calgary do Athabaski wynosiła nieco więcej niż trzysta mil, ta podróż przeniosła wędrowca do granic innego świata. Na północy autostrady były nieliczne, a ludzi jeszcze trudniej było spotkać. Na rozległych obszarach prerii rozciągały się lasy, moczary, gdzie zamieszkała dzikość. Kraina ta stanowiła granicę doświadczeń dla Boone’a. Wyznaczały ją Bonnyville na południowym wschodzie, dokąd dowiózł go kierowca ciężarówki, dwudziestolatek; Barrhead na południowym zachodzie i sama Athabaska. Terytoria leżące dalej pozostawały nieznane, ot, nazwy na mapie. Czy też ściślej – brak tych nazw. Olbrzymie połacie ziemi upstrzone gdzieniegdzie małymi osiedlami rolniczymi, z których jedno nosiło nazwę wymienioną przez Narcyza: Shere Neck.
Mapę, na której znalazł tę informację, zdobył razem z gotówką wystarczającą akurat na butelkę brandy, włamując się do trzech samochodów na podziemnym parkingu na przedmieściach Calgary. Uciekł, z mapą i z forsą, zanim strażnicy ustalili przyczynę alarmu.
Deszcz umył mu twarz; zakrwawioną koszulkę wyrzucił na śmietnik, szczęśliwy, że znów czuje na ciele swoją ukochaną kurtkę. Potem złapał okazję do Edmonton i następną do High Prairie. Poszło łatwo.
Łatwo? Szukać miejsca, o którym tylko słyszał plotki wśród lunatyków? Może i niełatwo. Ale to było konieczne, nawet nieuniknione. Ta podróż zaczęła się w chwili, gdy ciężarówka, pod której kołami miał zginąć, odrzuciła go. A chyba nawet na długo przed tym, tylko nie odczytał poprawnie zaproszenia. Przekonanie o racji swego działania uczyniło zeń niemal fatalistę. Jeśli Midian istniało i chciało wziąć go w swoje objęcia, to podróżował do miejsca, gdzie znajdzie wreszcie trochę zrozumienia i spokoju.
