Jeśli nie istniało, jeśli było tylko talizmanem dla przerażonych i zagubionych – to też miało sens. Chciał spotkać śmierć, jaka go oczekiwała w poszukiwaniu krainy nigdzie nie istniejącej. To lepsze niż proszki, lepsze niż bezowocna gonitwa Deckera w poszukiwaniu związków i przyczyn.
Próba doktora, by wykorzenić potwora z Boone’a, skazana była na niepowodzenie. To jasne jak słońce. Boone-człowiek i Boone-potwór nie dawali się od siebie oddzielić. Stanowili jedność; podróżowali tą samą drogą w tym samym ciele i umyśle. A cokolwiek znajdowało się na końcu tej drogi, śmierć czy chwała, było przeznaczeniem ich obu.
Na wschód od Peace River, mówił Narcyz, obok miasteczka Shere Neck, na północ od Dwyer.
Musiał się przespać pod gołym niebem na poboczu High Prairie, aż do następnego ranka, kiedy złapał okazję do Peace River. Samochód prowadziła kobieta, grubo po pięćdziesiątce, dumna z okolicy, którą znała od dzieciństwa i szczęśliwa, że może mu udzielić błyskawicznej lekcji geografii. Nie wspomniał o Midian, ale Dwyer i Shere Neck znała – to ostatnie, liczące sobie pięć tysięcy dusz, leżało na wschód od Autostrady numer 67. Zaoszczędziłby dobre dwieście mil, gdyby nie zapuścił się tak daleko w głąb High Prairie, jak mu kazano, lecz wcześniej skierował się na północ. Nie ma sprawy – stwierdziła, znała takie miejsca w Peace River, gdzie farmerzy zatrzymywali się na posiłek przed powrotem do swoich gospodarstw. Złapie tam okazję, dokąd tylko sobie zażyczy.
- Znasz tam kogoś? – spytała.
Odparł, że zna.
Zbliżał się zmrok, gdy ostatni z kierowców wysadził go o milę czy coś koło tego od Dwyer. Patrzył, jak ciężarówka oddala się po żwirowej drodze w coraz ciemniejszą, niebieską przestrzeń, potem przeszedł krótki odcinek do miasta. Noc pod gołym niebem i podróżowanie samochodami farmerów po drogach, które najświetniejsze dni miały dawno za sobą, odbiły się na jego już i tak zdezelowanym zdrowiu. Godzinę zajęło mu, by niezauważenie dotrzeć na peryferia Dwyer, a w tym czasie zapadła noc.
